Milgart Fotografia

Home   Mono   Kolor   O mnie

Kim jestem

Jerzy Muszyński, urodzony w 1971 roku w Krośnie. Wymieniając tylko te miejsca, w których zagrzałem co najmniej pięć lat, to począwszy od 1977 roku: poznaniak, kórniczanin, londyńczyk i skoczanin. Sercem zawsze krośnianin. Od podstawówki zainteresowany elektroniką i jej połączeniem ze sztuką. Szczególnie lubiłem wzmacniacze, gitary i aparaty fotograficzne. Z wykształcenia inżynier systemów mikrokomputerowych, z wykonywanego zawodu programista, muzyk, fotograf i naukowiec, choć różne wyjazdy ostatecznie przyczyniły się do bezterminowego zawieszenia koncertowania. Obecnie większość mojej aktywności skupia się na projektach badawczych z dziedziny cyberbezpieczeństwa w Poznańskim Centrum Superkomputerowo-Sieciowym. Jeśli nie zastaniecie mnie z laptopem, to pewnie z aparatem lub w ciemni. A w przyszłości może znów z gitarą, bo chciałbym jeszcze nagrać drugą płytę.

Co robię

Mój pierwszy zarchiwizowany negatyw nosi datę 1984, a zatem fotografuję od 13-tego roku życia. Głównie ludzi, drzewa i pejzaże – te wewnątrz i na zewnątrz budynków. Ów pierwszy film zrobiłem na odrzykońskich ruinach zamku Kamieniec, którego okolice uważam za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, i do których wracam kiedy tylko mogę. Moje archiwum obejmuje kilkadziesiąt tysięcy zdjęć i wciąż rośnie.

Szczególnie cieszą mnie czarno-białe fotografie na tradycyjnym srebrowym papierze barytowym. Wybrane zdjęcia powiększam sam, we własnej ciemni. Używam praktycznie wyłącznie papieru Ilford FB Classic – matowego i błyszczącego suszonego na półmat.

Lubię też różne odmiany papieru do akwareli Cansona, na którym zdarza mi się malować, choć bardzo rzadko.

Poza sprawami czysto technicznymi (np. stykówki), nie używam materiałów o podłożu RC.

Wychodzi mi na to, że jestem papiero-filem.

Przy tej okazji pozwolę sobie zwrócić uwagę, że większość papierowych wydruków z jakimi mamy do czynienia na codzień, nie ma nic wspólnego z efektami procesu srebrowego z tradycyjnej ciemni, ponieważ w większości używamy drukarek biurowych, zaprojektowanych do tekstu a nie do obrazu. Z kolei ekrany naszych komputerów – o ile ktoś nie zajmuje się zawodowo grafiką – nie są skalibrowane i zwykle pokazują zupełnie co innego niż chciał poeta. Dlatego proponuję bliski kontakt z pięknem tradycyjnej fotografii powiększonej na barycie suszonym na zimno.

Oprócz możliwości powieszenia na ścianie, papier daje też możliwość odpoczynku od urządzeń ze świecącymi ekranami, które otaczają nas jak owady w lipcu.

Jak to robię

Używam zarówno aparatów tradycyjnych jak i cyfrowych. Natura i postęp techniczny obdarowały nas wspaniałymi możliwościami utrwalania obrazu przy pomocy niemalże czegokolwiek: pudełka z otworkiem, telefonu, zaawansowanej lustrzanki. Mój wysiłek skupia się na przekształceniu tej okazji w możliwie piękny arkusz papieru, który po oprawieniu będzie mógł zdobić dom, biuro czy restaurację.

Być może z powodu swojej powolności lubię niskoczułe materiały i statyw, który ułatwia mi komponowanie.

Skoro już wspomniałem o suszeniu na zimno:

Mimo postępu w technice druku cyfrowego, preferuję mokry proces srebrowy. Ostatnio pracuję nad własną odmianą techniki hybrydowej, w której obraz powstaje w większości cyfrowo, po czym jest przenoszony na tradycyjny negatyw i powiększany w mokrej ciemni.

Trwałość takich fotografii wynosi kilkaset lat, pod warunkiem odpowiedniego przechowywania i ekspozycji (dla dociekliwych Wilhelm Imaging Research zajmuje się badaniem trwałości wydruków i fotografii).

Moim ulubionych formatem jest 30✕40 cm. Jest na tyle uniwersalny że nadaje się jeszcze do szuflady i już na ścianę. Jednocześnie jest w zasięgu kieszeni zarówno fotografa jak i kolekcjonera.

Inspiracje

Magia fotografii przemawiała do mnie odkąd pamiętam i musi mieć coś wspólnego z moim dziadkiem, który już w latach czterdziestych wysyłał zdjęcia na konkursy fotograficzne, i z naszym starym domem w Krośnie. Nasz ogrodowy warsztat był pełen szklanych negatywów (niestety zanim byłem dość świadomy żeby je docenić, zniknęły w tajemniczych okolicznościach).

Patrząc już bardziej świadomie na świat artystyczny: poza klasykami w rodzaju Nadara czy Ansela Adamsa, muszę wymienić naszego własnego, polskiego Marka Szyryka. Fotografia z filiżanką herbaty trafiła mnie prosto w serce. Wtedy też zrozumiałem, że fotografia to nie tyle umiejętność ustawienia aparatu i naciskania spustu ale przede wszystkim umiejętność patrzenia. Z jego wypowiedzi widzę też, że łączy nas tęsknota za krainą dzieciństwa: jego Niemodlin i Opolszczyzna, moje Krosno i Podkarpacie, ze starą szopą pełną szklanych negatywów i odrzykońskim zamkiem.

Z moich ostatnich odkryć wrażenie na mnie zrobił pan Huntington Witherill.

A niniejszy tekst powstał przy fenomenalnych dźwiękach Vulfpeck.